Nagrodzone prace w konkursie „(Nie)zwykła przyjaźń”


    Jerozolima


    Rafał Sowiński, I nagroda

    Lecz jeden krok może zmienić Świat,
    jeden gest i podanie ręki, jeden dzień może zmienić wszystko!

    Hunter „Spadany”

    Jerozolima o wschodzie słońca jest naprawdę piękna. Słynna Kopuła na Skale mieni się zlotem, wyróżniając się spośród ziemistoszarych murów, a obłoki nad miastem zdają się płonąć jaskrawym ogniem. Oto Jeruzalem – miasto po trzykroć święte. Serce Ziemi Świętej, ziemi, która po raz kolejny spłynęła krwią.
    Wszystko odbyło się tak, jak zwykle. Odgłos eksplozji nagle rozerwał ciszę. Już po chwili słychać było wycie karetek pogotowia. A zatem znowu zamach. Ta spirala przemocy i morderstw trwa już tak długo... Nie można jednak przyzwyczaić się do czegoś takiego. Nie można przywyknąć do ciągłego poczucia niepewności i zagrożenia. Wczoraj jeszcze było w miarę spokojnie, dziś kilka osób musiało zginąć. Musiało? Niby dlaczego? Jak można zabijać niewinnych, przypadkowych ludzi? Ciekawe, czy wojownik dżihadu zadawał sobie to pytanie? Zapewne nie, on przecież tylko wypełniał wolę boską, a przynajmniej tak myślał. Tama człowieczeństwa została przerwana przez falę fanatyzmu.
    Z pewnością siły Izraela zareagują. Może odbędzie się jakaś akcja odwetowa? Niezależnie od wszystkiego i tak ucierpią zwykli ludzie. Zarówno Izraelczycy, jak i Palestyńczycy nie chcą wojny, a mimo to pochłania ona coraz więcej ofiar. Samonapędzające się koło przemocy: zamach, odwet, zamach, odwet... Płacz matek jest zagłuszany przez huk bomb.
    Od ostatniego zamachu minęły trzy dni. Natanael, kilkunastoletni Żyd, włóczył się po mieście bez celu i myślał. Myślał głównie o ostatnich wydarzeniach, które napawały go coraz większą nienawiścią do Palestyńczyków. Miał dość tej wojny, miał dość zamachów. Chciał żyć bez lęku, w spokoju. Palestyńczycy. Mordercy i fanatycy. Potrafią zabijać wszystkich jak popadnie, tylko za to, że są Żydami. Natanael myślał, a jego myśli zdawały się krzyczeć.
    Wąskie uliczki starego miasta można pokochać lub znienawidzić. Niektórzy uwielbiali bijącą od murów atmosferę wiekowości, inni czuli się pośród nich niczym uwięzieni w labiryncie. Natanael należał do tej pierwszej kategorii. Chłodna obecność starożytnych kamieni pozwalała mu oderwać się od nieprzyjemnego toku myślenia. Jednak chwilę później usłyszał arabską mowę. Koło niego przechodziła grupka młodych Palestyńczyków. Nie wiedział, o czym rozmawiają, zresztą wcale go to nie interesowało. Posłał im jedynie groźne spojrzenie. Na sekundę atmosfera stała się ciężka, jednak Palestyńczycy odeszli.
    Natanael usiadł na ławce. Chłodny wiatr owiewał jego twarz, co w tym klimacie jest prawdziwym błogosławieństwem. Było wczesne popołudnie, więc słońce jeszcze mocno grzało. Cisza, spokój...
    Potworny hałas zatykający uszy. Kula ognia i czarny dym unoszący się do góry. W takich chwilach czas się zatrzymuje. Wydaje się, że minęły godziny, podczas gdy wszystko trwało kilka sekund. Natanael szybko się opanował. Pobiegł w miejsce eksplozji, nie zważając na niebezpieczeństwo. Widok który ukazał się jego oczom by straszny. Ulica pełna była odłamków szkła pochodzących z rozbitych wybuchem witryn sklepowych. Pośrodku drogi stał płonący wrak samochodu. Zapewne był wypełniony ładunkami. To musiał być samobójczy zamach. Natanael nasłuchiwał. Dlaczego jeszcze nie wyją syreny? Czemu nie słychać sygnałów karetek?
    Młody Żyd wiedział, że musi coś zrobić. Rozejrzał się dookoła. Zauważył kilka zwęglonych ciął... Im już nie można pomóc. Jednakże nieopodal byli jeszcze żywi ludzie. Niektórzy nieprzytomni, ogłuszeni wybuchem, inni poważnie ranni. Myśli Natanaela były bardzo chaotyczne. Od czego zacząć?! Co zrobić?! Najważniejsze, to zająć się nieprzytomnymi. Najbliżej niego leżał około trzydziestoletni mężczyzna. Podszedł do niego, po czym sprawdził jego tętno. Żyje! Wyglądał bardzo źle; jego lewe przedramię było dogłębnie oparzone. Natanael nie miał przy sobie nic, czym mógłby przemyć oparzenie. I tak nie byłoby na to czasu. Musiał najpierw przenieść go w bezpieczne miejsce. Bał się, że może jeszcze bardziej zaszkodzić rannemu i żałował, ze niezbyt uważał na lekcjach pierwszej pomocy. Czy jednak naprawdę pomogłyby mu one w takiej sytuacji? Natanael nie zastanawiał się nad tym. Z wielkim trudem udało mu się odciągnąć mężczyzn i ułożyć w prawidłowej pozycji. Teraz pora zająć się pozostałymi, jest jeszcze ich kilku. Dlaczego jeszcze nie ma pogotowia?
    Zamiast pogotowia przybył ktoś inny... Była to grupka Palestynczyk6w, ta sama, którą Natanael minął na starym mieście. Żyd stanął jak wryty. Jak... Jak oni śmieją tu przychodzić?! Mordercy! Barbarzyńcy! Palestyńczycy zaczęli robić coś, czego Natanael nigdy by się nie spodziewał. Zaczęli przenosić poszkodowanych. Izraelczyk dołączył do nich. Nie mógł uwierzyć, że oni... A jednak. Jednak razem z nim pomagali rannym. Po chwili usłyszał nadjeżdżające karetki.
    Późniejsze wspomnienia Natanaela z tych chwil były bardzo chaotyczne. Pamiętał zapach spalenizny, widok krwi, ciężar przenoszonych ludzi, nieznane arabskie słowa, jakieś pochwały od lekarzy, pytania policji... Pamiętał szok, strach, zdziwienie.
    Było już po wszystkim. Wszyscy ranni zostali odwiezieni do szpitala, teren został zabezpieczony i był badany przez służby bezpieczeństwa. Wszyscy świadkowie zostali już przesłuchani. Natanael był wolny. Czuł się oszołomiony i zmęczony. Kilku Palestynczyk6w podeszło do niego. To nie byli mordercy, potwory... To byli ludzie, tacy jak on sam. Spojrzał na nich. Na ich ustach pojawił się niepewny uśmiech. Jeden z nich wyciągnął przed siebie dłoń. Natanael bez wahania ją uścisnął. Nie znał arabskiego, więc nie mógł z nimi porozmawiać. Nie wiedział, czy kiedykolwiek jeszcze ich spotka. Wiedział jedno – to byli jego prawdziwi przyjaciele.
    Zbliżał się koniec dnia. Nie był to zwyczajny dzień. Natanael zrozumiał coś dzięki niemu. Otóż Palestyńczycy – dotychczas myślał o nich jako o wrogach – okazali się zwykłymi ludźmi, którzy mają zwyczajne, ludzkie odruchy, którzy są w stanie pomóc cierpiącemu. Jego i ich dzieliło bardzo wiele: narodowość, religia, język, nie wspominając o trwającym kilka dziesiątek lat konflikcie. Łączyło ich jedno: człowieczeństwo. Oczywistość? Może, ale bardzo łatwo o tej oczywistości zapomnieć. Można nie pamiętać, że „przeciwnicy” też czują strach, ból, niepewność... Że też pragną pokoju. Natanael teraz to wiedział.
    Jerozolima o zachodzie słońca jest naprawdę piękna!




    Pani Mądra Głowa


    Magdalena Łaciak, II nagroda

    Jakieś cztery miesiące temu do naszej klasy dołączyła pewna dziewczyna o imieniu Łucja. Była bardzo nieśmiała. Miała kręcone ciemne włosy i duże brązowe oczy. Gdy weszła pierwszy raz do klasy, wzbudziła ogromne zainteresowanie, szczególnie wśród chłopców. I od tego wszystko się zaczęło. Była skryta w sobie i wcale nie chciała z nami rozmawiać. Zawsze chodziła własnymi ścieżkami. Nie było to normalne według mnie i według wielu innych dziewczyn z mojej paczki. Ubierała się jak ludzie w średniowieczu i nie wiedziała, co to jest tusz do rzęs. Szczerze mówiąc, robiła z siebie istne pośmiewisko i przynosiła wstyd naszej klasie. Była kujonem. Wszystkie zadania miała zawsze zrobione najlepiej i brała udział we wszystkich teatrzykach, które były organizowane w szkole. Dla mnie to była żenada! Jako klasa postanowiliśmy jej odpłacić za to, że nas ośmiesza przed innymi w szkole.
    Na początek poszedł plan Ali i Moniki, a mianowicie, żeby schować jej ubrania. W trakcie wychowania fizycznego Ala wymknęła się z hali niby do toalety. W tym czasie poszła jednak do naszej szatni, gdzie Łucja miała ubrania. Zabrała je i wyrzuciła do kosza. Po lekcji nasza pani Mądra Głowa (tak nazwałyśmy Łucję) wszędzie szukała ubrań. Oczywiście my udawałyśmy, że o niczym nie wiemy. Śmiałyśmy się do rozpuku, gdy chodziła po szkole w samych spodenkach i podkoszulce na szelkach.
    Na kolejny pomysł wpadł Piotrek. Podczas długiej przerwy siedzieliśmy wszyscy na stołówce szkolnej. Świetnie się bawiliśmy. Opowiadaliśmy sobie żarty i rozmawialiśmy na różne tematy. Łucja siedziała sama przy stoliku. Oczywiście się uczyła... To było jej najczęstsze zajęcie. Na stole obok książek i zeszytów miała położony sok – chyba porzeczkowy, bo miał taki specyficzny kolor. Wtedy Piotrek wkroczył do akcji. Wychodząc ze stołówki, specjalnie przeszedł obok stolika Mrs Mądrej Głowy i niby przypadkiem szturchnął szklankę z sokiem. Cały sok wylał się na książki, zeszyty oraz białą bluzeczkę Łucji. Trochę szkoda mi jej było... Ale to zaraz przeszło, gdyż zaczęłyśmy z dziewczynami śmiać się z niej i robić zdjęcia. Łucja zaczęła płakać... Wtedy rozpętało się totalne piekło. Razem z Łucją zostaliśmy wezwani na dywanik do dyrektora. Zapytał, kto ją oblał. Ona długo zwlekała z odpowiedzią i w końcu wystękała, że to Piotrek. Byłam wściekła. Nie sądziłam, że będzie z niej aż taka skarżypyta. Wszystko się we mnie gotowało, myślałam, że obedrę ją ze skóry i powyrywam wszystkie te jej wstrętne loki! Jednak Ala mnie powstrzymała... Teraz to już wiedziałam, że jej nie daruję! To, co zrobiła, nie mogło jej ujść na sucho! Kretynka jedna! Spotkałyśmy się z dziewczynami u mnie i obmyślałyśmy plan zemsty. Pierwszy punkt naszego planu miał na celu zaprzyjaźnienie się z Łucją…
    Był wtorek. Po południu miała się odbyć dyskoteka szkolna. Razem z Alą i Moniką zrobiłyśmy ulotki, na których było napisane „Łucja z II b – gwiazda dyskoteki, która zaśpiewa i zatańczy – zapraszamy wszystkich serdecznie”. Pod tym ogłoszeniem znajdował się fotomontaż z jej zdjęciem. Gdy skończyłyśmy lekcje i byłyśmy pewne, że Łucja poszła do domu, zaczęłyśmy rozwieszać ulotki po całej szkole. Uczniowie od razu się zainteresowali... Po zakończeniu lekcji, gdy już byłyśmy gotowe na zabawę, poszłyśmy do Łucji do domu. Zdziwiła się, że przyszłyśmy, gdyż było wiadomo, że nie darzymy jej największą sympatią. Jednak wpuściła nas do domu jak gdyby nigdy nic, a my byłyśmy wyjątkowo miłe. Umalowałyśmy ją (nie zważając na to, że wyglądała jak gwiazda emo) oraz przyniosłyśmy jej skąpe ciuszki. Na te ubrania nie bardzo chciała się zgodzić, jednak w końcu ją przekonałyśmy, mówiąc, że będzie się podobać wszystkim chłopakom. Zdziwiło nas bardzo, że u niej w domu była tylko sama babcia, więc grzecznie zapytałyśmy, gdzie są rodzice. Odpowiedziała, że w pracy, więc my na to: „Gdzie pracują?”. Jednak od odpowiedzi na to pytanie szybko się wykręciła i ponagliła, że musimy już iść na dyskotekę, żeby się nie spóźnić. Gdy szłyśmy, ciągle uśmiechałam się do Ali. Po prostu nie mogłam się doczekać, kiedy uczniowie i nauczyciele zobaczą Łucję w tych wyzywających ubraniach i makijażu oraz usłyszą, jak śpiewa Mrs Mądra Głowa. Gdy weszłyśmy do szkoły, wszyscy na nas patrzyli, jakby widzieli duchy... W sumie to się nie dziwię, bo Łucja wyglądała jak jakiś clown. Gdy zobaczyli ją nauczyciele, szczęki im opadły. Dyrektor zapytał nas, dlaczego ona tak wygląda, jednak my udałyśmy, że nic o tym nie wiemy i powiedziałyśmy mu, że z Łucją spotkałyśmy się dopiero przed szkołą. Widziałyśmy, że pani Mądra Głowa odbyła niezłą pogawędkę z dyrektorem. Z tej rozmowy wiem tylko tyle, że kazał jej się umyć i odpowiednio ubrać... Jednak Łucja od razu pobiegła do domu... Biedna dziewczynka. Teraz wyraźnie byłyśmy górą i to nie był koniec naszej zemsty!
    Na drugi dzień wszyscy dogadywali Łucji, że niezła z niej „laseczka”.
    Dziewczyny upokarzały ją, a chłopcy obrażali. I właśnie o to nam chodziło! Miałyśmy niezły ubaw, bo Wojtek (megaprzystojniak z III c) nakleił jej na plecy kartkę z napisem „szukam chłopaka”. Cała szkoła się śmiała. Wszyscy pokazywali ją palcem, a ona biedna nie wiedziała, o co chodzi. Znowu się rozbeczała... Jednak ta sytuacja bardzo mnie zaciekawiła. Krystian (chłopak, do którego od początku roku wzdycham) podszedł do niej i próbował ją pocieszyć. No nie, tego to już było za wiele. Zdradził naszą paczkę! Przecież na początku też się z niej śmiał, a teraz to co... Jest po prostu jednym wielkim zdrajcą! Starałam się dowiedzieć, dlaczego to zrobił, dlaczego wstawił się za tą pokraką, która nawet nie umie się ubrać. Jednak on powiedział mi tylko tyle, że nikt nie zasłużył na takie traktowanie. Nie wiedziałam, o co mu chodzi! Myślałam, że zależy mu na przyjaźni ze mną... Wtedy pomyślałam sobie, że nie daruję jej tego. Postanowiłam zrobić okropne świństwo. Może wtedy nauczy się, że nie wolno zabierać komuś chłopaków sprzed nosa.
    Kolejnego dnia puściłam plotkę na jej temat. Teraz to aż wstydzę się do tego przyznać. Wymyśliłam, że Łucja podrywa nauczyciela wychowania fizycznego. Oczywiście wszyscy uwierzyli w tę bajkę, bo jak można było mi nie uwierzyć. Przecież byłam królową kantowania. W szkole zaczęło się dochodzenie, kto puścił tę wstrętną plotkę. Zaczęłam się bać. Jeśli wyjdzie, że to ja, to dostanę szlaban na kompa, na imprezy... Totalna załamka... Sprawa ciągnęła się przez dwa tygodnie. Ciągle było dochodzenie. Ciągle jakieś przesłuchania. Gdy wezwano mnie do dyrektora, zrobiło mi się ciepło. Wszystko we mnie się gotowało, a nogi miałam jak z waty. Była tam Łucja. Wiedziałam, że to koniec. Albo wyrzucą mnie ze szkoły, albo dostanę naganę. Wtedy usłyszałam pytanie dyrektora „Czy to ty puściłaś tę wstrętną plotkę?” Nie wiem, jak to się stało, ale sama się przyznałam. Ledwo wystękałam słowa „tak, to ja”, a już po chwili opamiętałam się, co zrobiłam. Byłam po prostu w szoku. Dostałam naganę. I zakaz od rodziców na wychodzenie z domu i korzystanie z neta. Byłam wściekła na Łucję. Wiedziałam, że to ona na mnie doniosła. Miałam jej po prostu dosyć! Chciałam, żeby wyniosła się z naszej wsi i naszej szkoły. Ale pocieszałam się faktem, że wszyscy w szkole są po mojej stronie. Jednak najbardziej działało mi na nerwy to, że Krystian ciągle spotykał się z Łucją. To nie było w porządku, bo on miał być moim chłopakiem, a nie tej sknery. Jednak wtedy już wiedziałam, że nie mam u niego żadnych, nawet najmniejszych szans. A to wszystko przez nią.
    Dwa tygodnie po aferze z nauczycielem cała nasza klasa pojechała na wycieczkę w Bieszczady. Obiecałam sobie, że nawet nie tknę się Mrs Mądrej Głowy (nie chciałam więcej problemów). Było spokojnie i fajnie. Gdyby tylko jej tutaj nie było! Nie dość, że zabrała mi Krystiana, to jeszcze moje koleżanki zaczynały się ode mnie odsuwać, gdyż twierdziły, że przeginam. Tak strasznie jej nienawidziłam. Ciągle miałam ochotę zrobić jej jakiś głupi żart. Ale nic nie przychodziło mi do głowy. Jednak wieczorem, gdy leżałam w łóżku, przyszedł mi do głowy pewien plan. Był tak fantastyczny, że nie mogłam się powstrzymać. Potrzebowałam tylko paru rzeczy. Ale z tym nie było większego problemu. Około godziny 24.00 wtargnęłam do pokoju Łucji. Na samym początku wzięłam nożyczki i… obcięłam jej śliczne loczki. Oj, to była wielka strata. Następnie posmarowałam ją miodem, który wzięłam z kuchni. Tak słodko spała, że nawet nie drgnęła. Na samym końcu rozprułam poduszkę i posypałam ją delikatnie piórami. Wyglądała jak kurczak. Obok na półce zostawiłam kartkę, na której było napisane „Jeszcze z tobą nie skończyłam”. Myślałam, że nie powstrzymam się od śmiechu... Jednak jakoś udało mi się wymknąć z jej pokoju bez śladu. Na drugi dzień obudził mnie śmiech dziewczyn. Pomyślałam „Kurczaczek się nam obudził”. Gdy ją zobaczyłam, o mało nie rzucałam się po podłodze ze śmiechu. Zresztą nie tylko ja. Gdy nasze spojrzenia spotkały się, myślałam, że Łucja wybuchnie. Podeszła do mnie. Była wściekła – jeszcze nigdy jej takiej nie widziałam. Zaczęła krzyczeć na mnie, a gdy zapytała, czym sobie zasłużyła na takie traktowanie, zaczęłam się z nią szarpać. Wyzywałam ją od najgorszych i wypominałam to, że kiczowato się ubiera, że rodzice się nią nie interesują, że wygląda jak ostatnia sierota. Ciągle się szarpałyśmy, mimo że wiele osób chciało nas rozdzielić. W końcu popchnęłam ją i spadła ze schodów. Patrzyłam, jak turlała się ze stopnia na stopień. Czułam ten jej ból. Chciałam zapaść się pod ziemię. Widziałam na sobie te okropne znienawidzone spojrzenia moich koleżanek i kolegów. Było mi wstyd. Pobiegłam na dół. Łucja leżała na podłodze, miała zamknięte oczy, jednak ciągle jeszcze oddychała. Obok niej widać było tylko strugę czerwonej krwi. Popatrzyłam na nią, a ona powiedziała mi: „Z tą sierotą to miałaś rację. Nie mam rodziców”. Serce zabiło mi mocniej. Czułam, jak łza spływa mi po policzku. Jak mogłam znęcać się nad tą biedną dziewczyną? Przecież nic mi nie zrobiła. Nie miałam prawa... Teraz może być już za późno. Popełniłam zbrodnię i nie da się tego już cofnąć. Stałam tak 20 minut. Później zostałam sama i słyszałam tylko dźwięk sygnału karetki. „Nawet nie wiem, czy żyje” – powiedziałam sama do siebie. Zza pleców usłyszałam cichy głosik – „Żyje”.
    Dwa tygodnie później zdecydowałam się odwiedzie Łucję w szpitalu. Kupiłam kwiatki i słodycze. Bałam się iść do niej. Bałam się jej reakcji. Ale nie mogłam wytrzymać. Musiałam ją przeprosić. Musiałam jej powiedzieć, że nie powinnam była jej tak upokarzać.
    Łucja leżała na łóżku. Jej stan był już stabilny. Ale od lekarzy usłyszałam, że na początku nie było tak różowo. Czułam do siebie wstręt – przecież mogłam ją zabić. Podeszłam do niej i uścisnęłam ją. Razem płakałyśmy, było mi wstyd za moje zachowanie. Myślałam, że mnie znienawidzi, a ona powiedziała, że już mi przebaczyła. Od tego momentu zaczęła się nasza przyjaźń.
    Teraz nie wyobrażam sobie życia bez Łucji. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Mogę jej wszystko powiedzieć, powierzyć swoje problemy. Odkąd wyjaśniłyśmy sobie „nasze nieporozumienie” to nigdy już do tego nie wracałyśmy. Wiele dzięki niej zrozumiałam. Zrozumiałam również słowa Krystiana, że nikt nie zasługuje na takie traktowanie. Miał rację. Tylko ja byłam taka głupia, że nie widziałam, że krzywdzę wszystkich wokół mnie. Ale teraz wiem, że nie popełnię takiego błędu. Dzięki Łucji zapisałam się na kurs tańca. Razem się uczymy. Chodzimy na różne zabawy. Zawdzięczam jej również poprawę swoich stopni w szkole i swojego zachowania. Popełniłam wiele błędów, ale przecież człowiek uczy się na błędach i teraz już wiem, że jeśli chcę, aby inni mnie szanowali, ja muszę szanować ich. Wierzę, że przyjaźń z Łucją będzie zawsze polegać na szczerości i że będziemy sobie nawzajem pomagać do końca życia. Przecież potrzeba tak niewiele, aby uszczęśliwić innych!


    Magia głębi życia


    Sandra Micek, III nagroda

    Cała historia miała miejsce w Warszawie podczas drugiej wojny światowej. Tak jak setki, a może nawet tysiące ludzi otaczających mnie na co dzień nie potrafiłem uwierzyć w to, co zaczęło dziać się na ulicach mojego pięknego miasta. Miałem tylko czternaście lat, lecz moje dzieciństwo już dawno się skończyło. W szybkim tempie musiałem dojrzeć. Codzienna praca i intensywna pomoc rodzicom powoli przerastały moje możliwości. Na samą myśl o nalotach, bombardowaniach oraz możliwości trafienia do obozu koncentracyjnego, z którego szansa na wyjście była równa zeru, przechodziły mnie dreszcze. Dzięki Bogu spotkało mnie coś pięknego, a moje dotychczasowe życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Była to mianowicie przyjaźń. Niezwykła, piękna, a zarazem krucha jak skrzydła motyla. Postaram się jednak opowiedzieć wam wszystko od początku.
    Pewnego wieczoru czułem, że opuszczają mnie resztki sił. Położyłem się na łóżku. Tym razem jednak nie przeczytałem nawet krótkiego fragmentu mojego ulubionego dzieła Mickiewicza pt. „Pan Tadeusz”. Wcześniej jednak robiłem to w miarę regularnie z uwagi na fakt, że miałem do niego ogromny sentyment. Tej nocy błyskawicznie przeniosłem się do „krainy snu”. Sen był cudowny. Nikt nie pamiętał już o koszmarze wojny oraz o słowie „nienawiść”. Chciałem, żeby tak było już zawsze. Niestety nagle wszystko prysło jak bańka mydlana, a mnie obudził ogromny huk. Krzyki i płacze ludzi dosłownie wirowały w mojej głowie. Poczułem, jak wszystko spada mi na głowę. Nie wiadomo, kiedy straciłem przytomność. Wczesnym rankiem jasny promień słońca padający wprost na moją twarz zmusił mnie do otworzenia oczu. Spojrzałem na swoje ubranie, które przesiąknięte było krwią. Wiedziałem, że jest ze mną źle. Zacząłem wołać o pomoc, a gdy znikąd nie otrzymywałem odpowiedzi, uświadomiłem sobie, że znalazłem się w pułapce bez wyjścia. Przez głowę przebiegało mi wiele strasznych myśli. Wygłodzony organizm odmawiał posłuszeństwa. Gdy już straciłem nadzieję, że wyjdę stamtąd żywy, usłyszałem głos. Ten głos już gdzieś słyszałem.
    – Chwileczkę! Poczekaj, zaraz ci pomogę. Jesteś cały? – pytał młodzieniec.
    – Myślę, że tak, choć straciłem dużo krwi – odpowiedziałem.
    Zobaczyłem, jak chłopak szybko zorganizował pomoc i już po godzinie leżałem pod opieką lekarzy w jednym ze szpitali polowych, który wypełniony był po same brzegi. Na twarzach mężczyzn, kobiet i dzieci można było wyczytać jak na dłoni rozpacz i ogromny smutek. Nie mogłem dłużej na to patrzeć. Zwróciłem się więc do mojego wybawcy:
    – Gdyby nie ty, nie byłoby mnie już na tym świecie – mówiłem przez łzy.
    – Miałeś wiele szczęścia. Nie martw się. Musimy sobie przecież pomagać. Mam na imię Bernard. Jestem Żydem i moje życie jest ciągle zagrożone – odparł.
    – Ja jestem Wojtek. Wiesz może, co stało się konkretnie tej nocy? Co z moimi rodzicami? Czy żyją? – zacząłem histeryzować.
    – Uspokój się. Nerwy w niczym ci nie pomogą. Rozpoczęły się naloty na miasto. Można było się tego spodziewać. Niestety nie wiem, co się stało z twoimi rodzicami. Podobno zabrano wiele osób do obozu. Przykro mi. Muszę już iść. Będę cię odwiedzał tak często, jak tylko będę mógł – odparł i po prostu odszedł. Nie zdążyłem nic powiedzieć. Przypomniało mi się nagle w tej chwili, skąd go znam. Tak, to jego podejrzewano o kradzież pieniędzy pani Malinowskiej, która była moją dawną sąsiadką. Nie wiedziałem, jak dalej potoczyła się tamta sprawa i chociaż byłem niezmiernie ciekawy, obiecałem sobie, że o tym zapomnę. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że cała ta sytuacja była jedną wielką farsą.
    Kolejne dni potoczyły się lepiej niż mogłem przypuszczać. Po opuszczeniu szpitala Bernard zaproponował mi, abym zamieszkał razem z nim i jego rodzicami. Już na początku ustaliliśmy, że żaden z nas nie będzie w żaden sposób wnikał i wtrącał się do wyznawanej przez drugiego religii. Doszliśmy do wniosku, że jest to po prostu sprawa osobista. Byłem jednak mile zaskoczony atmosferą, jaka panowała w domu Berniego, a w zasadzie w piwnicy, która pełniła funkcję schronu. Dużo rozmawialiśmy o Polsce, o naszych planach na przyszłość oraz o wie1u innych ważnych sprawach. Wspólnie wymykaliśmy się też na dwór. Nastrój wojny można było bez problemu wyczuć nawet w powietrzu. Wiele czasu spędzaliśmy na poszukiwaniu żywych osób pod gruzami zawalonych budynków. Któregoś dnia w popiele znalazłem książkę bez okładki. Otworzyłem ją i – nie wierząc własnym oczom – zacząłem czytać fragment inwokacji mojego kochanego dzieła. W jednej chwili po moich policzkach popłynęły łzy. Bern przytulił mnie i zaczął pocieszać. Zrobiło mi się od razu lżej na sercu. Obydwaj doszliśmy do wniosku, że weźmiemy tę książkę do siebie. Od tamtej pory znów powrócił do mnie zwyczaj wieczornego czytania. W dużym stopniu spodobał się on mojemu przyjacielowi, dlatego chętnie mi towarzyszył. W takich właśnie chwilach przez moment zapominaliśmy o tym wszystkim, co dzieje się na zewnątrz. Co jakiś czas dochodziły do nas informacje o śmierci naszych znajomych. Każdy osobno, na swój sposób – najczęściej chwilą ciszy – uczcił ich pamięć. Rozumieliśmy się bez słow. Pewnego razu czułem, że Bernarda dręczą jakieś myśli. Nie myliłem się. Pod koniec dnia zaczął mi się zwierzać:
    – Wiesz... Kiedyś przed tym, jak cię poznałem, zostałem posądzony o kradzież pieniędzy. Nie zrobiłem tego. Nie zdążyłem jednak, a może po prostu nie umiałem wytłumaczyć się z całego tego zamieszania. Do tej pory czuję się z tym okropnie. Mieszkam w Polsce od urodzenia, a tylko religia i obyczaje różnią mnie od innych jej obywateli – mówił bardzo poważnie.
    – Nie przejmuj się, przyjacielu. Wiedziałem o tym incydencie już od dawna. Przypomniałem sobie wtedy, kiedy leżałem w szpitalu. Byłem jednak przekonany, że to farsa. Dlatego nic ci o tym nie mówiłem. Nie martw się. Ludzie chwilami potrafią szybko bez wyraźnych powodów przekreślić człowieka. Gdybym teraz wiedział, gdzie obecnie znajduje się pani Malinowska, na pewno wszystko jej wyjaśniłbym – odpowiedziałem.
    – Dziękuję... – zaczął mówić Berni. Przerwała mu jednak jego matka, która wbiegła zdyszana do pomieszczenia. Krzyczała, że jej męża przygniotły gruzy i nie wie, co się teraz z nim dzieje. Przytuliła nas i zaczęła okropnie płakać. Oboje z Bernardem wiedzieliśmy, co mamy robić. Szybko dotarliśmy do miejsca zdarzenia. Od widoku ludzkiej krwi zakręciło mi się w głowie. Wołaliśmy wiele razy, czy nikt nie potrzebuje od nas pomocy. Nie usłyszeliśmy nawet żadnego jęku. Najwidoczniej wszyscy nie żyli. Nagle za naszymi plecami zjawili się Niemcy. Złapali mnie. Próbowałem się jakoś wyrwać, lecz nie miałem żadnych szans. Błagałem Berniego o to, aby uciekał do swojej matki i uratował chociaż swoje życie. Ten jednak nie miał nawet takiego zamiaru. Poprosił Niemców, aby zamiast mnie wzięli jego. Zaczął się z nimi kłócić. W końcu zostałem puszczony. Ruszyli w kierunku Bernarda. Chciałem ich powstrzymać, jednak jeden z nich z całej siły odepchnął mnie na ziemię. Przez chwilę nie mogłem się ruszyć. Zacząłem przeraźliwie krzyczeć. Nagle usłyszałem strzał. Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Niemcy odjechali. Podbiegłem do Bernarda. Leżał w kałuży krwi. Błagałem go o to, żeby mnie nie opuszczał. Niestety umarł, oddając swoje życie za mnie. Cały we łzach poprosiłem przechodzącego mężczyznę, aby pomógł mi zanieść ciało do matki chłopaka. Nie potrafiłem tak po prostu porzucić go na ulicy. Świat przestał się dla mnie liczyć. Wiedziałem jednak, że nasza przyjaźń nigdy się nie skończy.
    Przez następnych kilka lat mieszkałem wraz z mamą Bernarda aż do jej śmierci.
    Traktowała mnie jak własnego syna. Wspólnie przebrnęliśmy przez ten ciężki czas. Kilka miesięcy po śmierci Berniego spotkałem w okolicy panią Malinowską. Wyjaśniłem jej cały problem sprzed kilkunastu lat. Czułem, że w ten sposób odwdzięczyłem się choć w pewnym stopniu za to, co zrobił dla mnie mój wielki przyjaciel.
    To doświadczenie życiowe uświadomiło mi fakt, że przyjaźń jest ważnym, silnym i trwałym lekiem na otaczające nas zło. W moich myślach Bernard żyje do tej pory. Nigdy o nim nie zapomnę. Chociaż jestem już mężczyzną w podeszłym wieku i od tamtych wydarzeń minęło ponad pół wieku i tak codziennie wieczorem czytam fragment dzieła Mickiewicza, tak jak dawniej. Dla siebie i dla Berniego...


    Przepaść długa na osiem domów


    Adam Biel, wyróżnienie

    – To tu. Nasz nowy dom – powiedział z przejęciem w głosie pan Robert Bergman, wysiadając z samochodu. Jego żona Emilia i dwunastoletni syn Marek zdziwili się. Pan Robert bowiem zawsze był stanowczy, czasem wręcz surowy i nie lubił okazywać swoich uczuć. Nawet on sam był zaskoczony tym nagłym przypływem wzruszenia, ale nie było ono niczym dziwnym. Słyszał o tym domu nieraz jako dziecko, a teraz będzie w nim mieszkał.
    – Ładnie tutaj. Prawda synku? – spytała jak zawsze ciepłym tonem pani Emilia.
    – Tak... bardzo ładnie – odpowiedział Marek.
    Nie pokazywał tego, ale w głębi serca czuł olbrzymi strach. Jego świat został kilka tysięcy kilometrów dalej – w innym miejscu, w innej szkole, wśród innych ludzi. Tu wszystko było nowe, obce. Bał się, jak odnajdzie się w nowej rzeczywistości. Cieszył się jednak z tego, że jego tata spełnił marzenie swojego życia.
    Minęło kilka dni. Marek, mimo obaw, szybko nawiązał nowe znajomości i zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Polubił też nauczycieli, wszystkich, oprócz jednego ­– pana Krafta, nauczyciela matematyki. Był to zgorzkniały, zmęczony życiem kawaler. Już pierwszego dnia po powrocie ze zwolnienia lekarskiego wziął Marka do odpowiedzi i postawił jedynkę. Tłumaczenia nic nie pomogły. Zadzwonił dzwonek. Chłopiec z ciężkim sercem wyszedł na przerwę. Nie spodziewał się, że ta przerwa zmieni całe jego życie. Podszedł do niego kolega, który siedział w sąsiedniej ławce, Zbyszek, i powiedział:
    – Nie przejmuj się tym szwabem.
    Markowi zbladła twarz, zsiniały wargi i zaświeciły się oczy. Drżącym głosem spytał Zbyszka: – Co powiedziałeś?!
    Zbyszek w pierwszej chwili aż się wystraszył, ale po chwili wykrztusił niepewnym głosem: – Przecież Kraft jest Niemcem. Nie wiedziałeś?
    Wtem zadzwonił dzwonek na lekcję. Marek oprzytomniał na tyle, żeby wrócić do klasy. Do końca dnia w szkole nie odezwał się już jednak ani słowem. Wszystkie jego myśli zagłuszała ta jedna: Kraft jest Niemcem.
    Chłopiec wrócił do domu i, pod pozorem konieczności odrobienia zadania, zamknął się w pokoju. Nic jednak nie zrobił. Przesiedział kilka godzin praktycznie bez ruchu, jakby wpadł w jakiś trans. W jego głowie szalała i mąciła racjonalne myślenie tylko jedna myśl – To wredny szwab. Siedział tak aż do późnej nocy, aż zasnął. Ta noc nie była jednak spokojna, ale pełna koszmarów. Marek bowiem przypomniał sobie, jak usłyszał przypadkiem ostatnią rozmowę swojego taty z jego umierającą mamą, a zwłaszcza kilka zdań przeplatanych łzami: – „Gdyby nie ci przeklęci Niemcy, byłabyś z nami jeszcze długo. Nigdy im nie wybaczę. Najchętniej wsadziłbym ich wszystkich do Oświęcimia, zamiast ciebie!” Tak... Te słowa i te gorzkie łzy. Ilekroć słyszał słowo „Niemiec”, przed oczami stawał mu ten obraz. Kiedy się obudził, znów nękała go jedna myśl: „Jak można dopiec Kraftowi?”
    Zaraz po skończeniu lekcji Marek zaczaił się niedaleko szkoły i, jak szakal na swą zdobycz, czekał na nauczyciela. Postanowił wyśledzić, gdzie mieszka. Szedł za nim dyskretnie. Okazało się, że Niemca od Bergmanów dzieli osiem domów. Te kilkaset metrów było jednak przepaścią nie do przejścia.
    Przez kilka najbliższych dni chłopiec kręcił się wśród okolicznych łobuzów. Przywiązał się do nich. Oni jednak wymagali próby lojalności przed przystąpieniem do ich grupy. Marek tylko na to czekał. Zaczął mówić, jak bardzo nienawidzi Krafta i to wystarczyło. Jego egzaminem miało być wyrządzenie szkody nauczycielowi. Nazajutrz wieczorem młody Bergman wraz z kilkoma członkami „bandy” zaczaili się przed starym, małym domem ze skrzypiącymi drzwiami. Marek zaczął rzucać kamieniami w szyby domu i już wybił dziurę w jednej z nich, gdy w drugiej nieoczekiwanie pojawił się Kraft. Marek nie zdążył jednak zahamować ręki i kamień z ogromną siłą poleciał w drugą szybę, prosto w głowę nauczyciela. Wszyscy chuligani uciekli, został tylko młody Bergman. Stał chwilę w bezruchu, jakby skamieniał. W końcu zrobił krok, ale nie do ucieczki, a w stronę domu Niemca. Jego litościwe serce wzięło górę nad nienawiścią. Podszedł pod drzwi, złapał za klamkę, drżącą ręką za nią pociągnął. Skrzypienie otwieranych drzwi potęgowało jego ciarki. Wszedł wolno na ganek, otworzył drzwi do pokoju i zobaczył leżącego nauczyciela. Zbliżył się trochę do nieruchomego ciała i znów skamieniał. Po raz kolejny coś go zatrzymało. I byłby tak stał nie wiadomo jak długo, gdyby nie zobaczył, że matematyk się rusza. Natychmiast otrzeźwiał i zaczął w popłochu uciekać. Wybiegł przed dom, oglądając się za siebie. Nie zauważył przez to wystającej płytki i jego noga zahaczyła o nią. Marek z olbrzymim hukiem uderzył głową o ziemię i stracił przytomność. Leżał tak bez ruchu, bo nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby mu pomóc. Koledzy dawno uciekli, a nawet jeśli by tam byli, z pewnością baliby się podejść. Marek jednak obudził się w swoim łóżku następnego dnia, z ogromnym bólem w czaszce. Usiłował sobie przypomnieć, co się stało. Wtem weszła mama i już od progu zapytała troskliwie:
    – Jak się czujesz?
    Na wpół przytomny chłopiec zaczął mówić nieskładnie ściszonym głosem: – Jak? Co? Gdzie?
    Mama zaraz go uspokoiła i powiedziała:
    – Już dobrze. Pan Kraft przyniósł cię tu wczoraj nieprzytomnego, powiedział, że biegłeś i się potknąłeś, wezwał lekarza i...
    – Co?! – wykrzyknął chłopiec – Pan Kraft?
    – Tak. Czy coś się stało?
    Chłopiec jednak nic nie odpowiedział, tylko sposępniał, wbił oczy w sufit i zapytał, czy może zostać sam. Mama więc wyszła, zaniepokoiła się jednak zachowaniem syna.
    Kiedy po kilku dniach Marek poczuł się lepiej, poprosił mamę, by zaprosiła pana Krafta do niego. Mama zrobiła to i nauczyciel przyszedł, choć niechętnie, do domu Bergmanów. Wszedł z jak zawsze skwaszoną miną do pokoju chłopca, razem z jego mamą. Wtedy Marek poprosił mamę, żeby zostawiła ich samych. Jego pierwsze słowa brzmiały:
    – Dlaczego?! Dlaczego pan mi pomógł? Przecież zachowywałem się źle wobec pana, wyrządziłem panu szkodę...
    – Ale każdy człowiek zasłużył na życie, niezależnie od tego, jak się zachowuje i kim jest – odparł jak zawsze posępny Kraft.
    „Szkoda, że w ten sposób nie myśleli Niemcy kilkadziesiąt lat temu, kiedy z zimną krwią mordowali Żydów i innych ludzi” – cisnęło się na usta Markowi, ale patrzył w zmęczoną twarz nauczyciela już nie z nienawiścią, ale z litością, a nawet wdzięcznością. Kraft domyślił się, że chłopcu cisną się na usta jakieś słowa i rzekł:
    – Widzę, że chcesz coś powiedzieć. Śmiało.
    Te słowa zabrzmiały jakby cieplej, łagodniej. Marek nigdy nie słyszał, żeby Kraft mówił takim tonem. Postanowił jednak mimo wszystko zrzucić z serca ciężar i zdobył się na pytanie:
    – Pan jest Niemcem?
    – Tak – odpowiedział nauczyciel i, uprzedzając następne pytanie, mówił dalej – Wiem też, że ty jesteś Żydem i wiem, co moi rodacy zrobili twoim. Ja jednak z całej duszy potępiam te zbrodnie i wierz mi, nie miałem z nimi nic wspólnego.
    Po tych słowach po twarzy Krafta spłynęły dwie duże łzy, które szybko otarł, ale nie uszło to uwadze chłopca, który śledził dokładnie każde słowo i każdy gest nauczyciela. Ten nagle dziwnie posmutniał, po chwili milczenia wstał i, życząc chłopcu szybkiego powrotu do zdrowia, wyszedł. Jego głos wprawdzie brzmiał tak samo ciepło i szczerze, ale twarz zupełnie zmieniła swój wyraz. Kiedy gość zamknął drzwi, Marek zaczął się zastanawiać, co to miało znaczyć. Nie dawało mu to spokoju.
    Po kilku tygodniach chłopiec wrócił do szkoły. Znów czuł się jak wtedy, gdy pierwszy raz wstępował w jej mury. Atmosfera jednak była zupełnie inna. Marka, zaraz po tym, jak pojawił się w drzwiach klasy, przywitało kilku kolegów słowami:
    – I jak tam? Wyjęli ci te szwabskie kule? Ile ich było?
    Wszyscy stanęli wokół Marka, czekając odpowiedzi, a on ze zdziwioną miną powiedział:
    – O czym wy mówicie? Jakie kule?!
    W odpowiedzi usłyszał:
    – No te, którymi strzelał do ciebie Kraft, jak uciekałeś spod jego domu. Chłopaki, którzy z tobą poszli, opowiadali...
    Ale Marek przerwał koledze.
    – To paskudni tchórze! Nawet nie widzieli, co się stało, bo uciekli i zostawili mnie samego. Opowiadają, co im ślina na język przyniesie.
    – Ale nie powiesz chyba – usłyszał po chwili – że to nie ten germaniec cię tak urządził?
    – Nie, to nie on. Potknąłem się, kiedy uciekałem, a on mi jeszcze pomógł. Zaniósł mnie do
    domu i wezwał lekarza.
    Czym cię wystraszył? – dociekał nadal jeden z kolegów. – Nam możesz powiedzieć prawdę.
    – Właśnie mówię. On wcale nie jest taki zły, tylko jakby zmęczony życiem. – Na twarzach kolegów można było dostrzec zdziwienie – Zresztą, przyszedł do mnie, gdy go o to poprosiłem i rozmawiałem z nim.
    Wtedy zadzwonił dzwonek. Marek usłyszał już tylko:
    – A więc cię przekabacił? Teraz będzie z ciebie taki szwabik?
    Młody Bergman miął ochotę rzucić się na niego, ale uspokoił się, wszedł do klasy i zajął swoje miejsce. Miał teraz matematykę. Nauczyciel wszedł do klasy, zmierzył wzrokiem wszystkich uczniów, zwłaszcza Marka i przystąpił do sprawdzania obecności. Zatrzymał się na Bergmanie, myślał chwilę, aż wreszcie otworzył usta i zapytał:
    – Już dobrze się czujesz?
    Uczniowie byli świadkami czegoś niezwykłego. Ten surowy Kraft, który dotąd pytania zadawał wyłącznie na ocenę, jak każdy zwykły człowiek zadał zwyczajne pytanie. Klasa w milczeniu czekała na odpowiedź kolegi, zastanawiano się, czy w ogóle coś odpowie. Wszyscy już bowiem znali historię, jak nauczyciel gonił młodego Bergmana z bronią.
    – Dziękuję, coraz lepiej – usłyszeli spokojną odpowiedź.
    Na sali powstał szmer. Ten sam kolega co przedtem krzyknął:
    – Marek – szwabik!
    Wszyscy zaczęli się śmiać i przytakiwać. Sam chłopiec poczuł się zdradzony. Pomyślał:
    „Kiedy ktoś bezsensownie nienawidzi, zgadzają się z nim. Kiedy z sercem wybacza, wyśmiewają”. Podczas przerwy przerwie nauczyciel podszedł do Marka i powiedział:
    – Spokojnie. Nie przejmuj się, przejdzie im.
    Po lekcjach chłopiec postanowił pójść do Krafta i jakoś naprawić wyrządzone szkody. Szedł odważnie, aż stanął przed domem matematyka, podniósł rękę, by zapukać i zawahał się. Ale drzwi się otworzyły i stanął w nich nauczyciel, który już wcześniej zauważył chłopca. Uczeń powitał go i powiedział:
    – Chcę przeprosić za wyrządzenie szkód i... może mógłbym je jakoś naprawić?
    I znów stało się coś wcześniej niespotykanego. Kraft uśmiechnął się i zaprosił chłopca do środka. Marek wszedł i ponowił pytanie, ale nauczyciel nie zdążył odpowiedzieć, bo na jego podwórko wjechała furgonetka.
    – Chodź ze mną – powiedział tajemniczo nauczyciel i poszedł na podwórko. Z samochodu wyszedł wysoki mężczyzna, zamienił parę słów z Kraftem i otworzył tylne drzwi pojazdu.
    – Chodź, pomożesz mi wymienić szyby – zwrócił się nauczyciel do młodego Bergmana. Ten zaczerwienił się, ale poszedł posłusznie. Praca trwała do wieczora. Gdy Marek wrócił do domu, mama zaczęła wypytywać go, gdzie był. W odpowiedzi usłyszała:
    – Pomagałem panu Kraftowi.
    Nazajutrz, gdy chłopiec przyszedł do szkoły na powitanie usłyszał: – I co, już zmądrzałeś?
    – Chodzi ci o matematyka? – odpowiedział.
    – A o kogo? O tego szwaba.
    – Może i jest Niemcem, ale nie takim, jak ci z wojny. On jest inny, dobry, tylko nie umie tego okazywać.
    – Jesteś chyba zbyt dużym idealistą – wtrącił się przysłuchujący się od początku rozmowie Zbyszek.
    – Nie idealistą, tylko szwabikiem! – wykrzyknął pierwszy rozmówca.
    I tak było dzień po dniu. Uczniowie obrzucali Krafta błotem, Marek go bronił. Zaczął go też coraz częściej odwiedzać. Pomagał mu w pracach domowych, rozmawiał z nim, uczył się i odrabiał zadania u niego. Zaprzyjaźnił się z nim. Nie przeszkadzały mu słowa innych. Gdy stał się „gościem w domu”, nawet jego rodzice zaczęli źle na to patrzeć. A gdy przypadkiem dowiedzieli się, że nauczyciel jest Niemcem, w ogóle zabronili mu do niego chodzić. Chłopiec jednak się tym nie przejął i postanowił po lekcjach jak zwykle odwiedzić matematyka. Jednak kiedy Kraft nie przyszedł do szkoły, zaczął się niepokoić. Gdy poszedł do niego, nikogo nie zastał. Szukał go do końca dnia, aż dowiedział się, że matematyk jest w szpitalu. Następnego dnia pierwszy raz uciekł z lekcji i pojechał do szpitala. Znalazł salę przyjaciela i wszedł na nią. Nauczyciel skarcił go za wagarowanie, ale w jego oczach było widać wdzięczność. Tegoż jednak dnia odbyła się w szkole wywiadówka i ucieczka Marka wyszła na jaw. Rodzice surowo zabronili mu widywać się z matematykiem, ale chłopiec zagroził, że ucieknie z domu, jeśli mu na to nie pozwolą. Bergmanowie nie mieli więc wyjścia. Marek obiecał tylko, że nie będzie odwiedzał przyjaciela w trakcie zajęć. Począwszy od następnego dnia zaczął chodzić do szpitala po lekcjach. Po kilku tygodniach znów, jak co dzień, poszedł do szpitala, ale tym razem zastał pana Eryka (bo tak miał na imię nauczyciel) w gorszym humorze i ze smutną miną. Kiedy ten go zobaczył, próbował ukryć smutek. Marek udał, że nic nie zauważył i uśmiechnął się na powitanie. Nie mógł przypuszczać, że widzi przyjaciela ostatni raz. Kraft kazał mu usiąść i zaczął mówić:
    – Wiesz Mareczku... Lekarze postanowili mnie wywieźć do jakiejś kliniki na drugim końcu kraju. Podobno tam mi pomogą. Możemy się prędko nie zobaczyć. Opiekuj się moim domem. Wiesz, gdzie są schowane klucze. Korzystaj, z czego będziesz chciał. W razie czego... – tu glos uwiązł mu w gardle, ale przemógł się i mówił dalej, choć teraz jakby z większym trudem – otwórz górną szufladę biurka. Znajdziesz tam list. Jest do ciebie. Teraz mówię ci „Do zobaczenia”. Mam nadzieję...
    Chłopiec nic nie mówił, ale wszystko zrozumiał. Tylko dwie duże łzy spłynęły mu po policzkach, ale szybko je wytarł. Został tam jeszcze kilkanaście minut, ale nic nie powiedział. Na sali zapanowała cisza, jakby zwiastująca niedaleką przyszłość.
    Po dwóch dniach do domu Marka przyszedł list. Mówił on, że Eryk Kraft zmarł podczas transportu do kliniki. Nauczyciel prosił o powiadomienie Bergmanów w razie swojej śmierci, nie miał bowiem nikogo bliskiego. Chłopiec zaczął gryźć wargi, ale długo nie wytrzymał i wybuchnął płaczem. Wybiegł z domu i popędził przed siebie. Zatrzymał się dopiero przed domem matematyka, wszedł do środka i zrobił to, o co przyjaciel poprosił go przed śmiercią – otworzył szufladę biurka, wyjął list i zaczął go czytać. Nigdy jednak nikomu nie zdradził przeczytanych słow. Potem znalazł drugą kartkę – testament. Dziedziczył po zmarłym wszystko. Ale to nie było dla niego ważne. Najważniejsze było to, że pokonał przepaść długą na osiem domów i wyniósł z tej znajomości, z tej przyjaźni, najważniejszą lekcję życia – żeby nigdy nie sądzić innych po pozorach.


    (Nie)zwykła przyjaźń


    Anna Partacz, wyróżnienie

    Siedziałam na parapecie i płakałam. Obok mnie stali moi rodzice. Patrzyli na mnie z takim przejęciem. W tym spojrzeniu było zawarte wszystko. Mama nie wytrzymała, rozpłakała się i mocno mnie przytuliła. Widziałam, jak tato siłuje się z samym sobą, jak stara się, żeby nie pokazać strachu. On dobrze wiedział, że teraz potrzebny jest najbardziej nam... mnie...
    Nie musieli nic mówić, nic. Wszystko rozumiałam, nie jestem już dzieckiem, no właśnie –
    nie jestem. Dlaczego tak mi trudno? Czasami chciałabym mieć znów pięć lat. Móc pokrzyczeć, popłakać, potupać nogami i od razu poczuć się lepiej. Nie, nie będzie lepiej, nie, nie tym razem. Może rodzice nie chcieli przyjąć tego do wiadomości, ale wszyscy wiedzieliśmy, że teraz czas się poddać. Nikt jednak nie mówił o tym. Czułam w głębi serca, że nie można już nic zrobić. To tak, jakby się dostało rozkaz, by umierać. Bez odwołania, bezapelacyjnie zamknąć oczy i pozwolić, by całe życie zawarte w człowieku opuściło go na dobre. Nawet gdybym poruszyła cały świat, już nigdy nie będę tą samą Kaśką. Pewne rzeczy zmieniają człowieka. Drugi raz zmierzyć się z rakiem? Przecież wygrałam, nie poddałam się! Gehenna sprzed dwóch lat znów wraca. Po raz kolejny chemia? To wszystko kotłowało się w mojej głowie. Serce na przemian przeszywał ból i lęk. Coraz to nowsze pytania zanoszone do Boga, a sercu jeden gorący apel o zrozumienie. Jak to możliwe, żeby w wieku szesnastu lat myśleć o śmierci? Przecież wtedy dopiero zaczyna się żyć. To właśnie teraz, kiedy zaczynałam na nowo uczyć się szczęścia, obudziła mnie drastyczna lekcja życia, a właściwie śmierci. Biłam się z myślami. Czasami wątpiłam, czy jest Bóg, a jeśli tak, czy na pewno widzi, jak cierpię? Czasem tak trudno poczuć Jego obecność. A może on cały czas stoi obok mnie, tylko wciąż odpycham Go od siebie? Tak bardzo Go potrzebujemy wszyscy. Wiem, że to On daje nam nadzieję, napełnia nas siłami, gdy już stoimy u kresu wytrzymałości.
    Minęły dwa dni od chwili, kiedy dowiedzieliśmy się o nawrocie choroby. Byłam na konsultacji u mojego lekarza. Kazał mi się nie poddawać. Powiedział, że są szanse. Nie wierzę w to, nie wiem skąd, ale wiem, że muszę załatwić parę spraw. Może to żałosne, co piszę, ale po prostu ja to wiem – umrę. Ostatnio bardzo dużo myślę, aż za dużo. Rodzice postanowili, że najlepszym wyjściem jest pozostawienie mnie pod stałą opieką w hospicjum. Nie lubiłam tego słowa, niestety od pewnego czasu nieustannie przewija się ono w moim życiu, lecz jeszcze nigdy tam nie byłam. Zawsze poprawiałam najbliższych, by mówili na nie przytułek. To słowo jest bardziej przystępne, zresztą teraz to wiem – odzwierciedla ono atmosferę tego miejsca. Wykreślone z rzeczywistości dzieci, przygarnięte przez dobrych ludzi. Bez względu na kolor skóry czy też ilość banknotów w portfelu, każdy może mieć raka. Ta choroba nie wybrzydza, nie daje się przekupić. Wiedziałam, że moi rodzice oddaliby wszystko, bym nie miała białaczki, ale teraz to najmniej istotne...
    Ona jednak niszczyła ludzkie szczęście, siała ból i czekała na obfite żniwo.
    Zawsze miałam to, czego chciałam, nie było takiej rzeczy, której kupna by mi odmówili rodzice. Może i jestem rozpieszczona, ale zawsze miłość rodziców stawiałam na pierwszym miejscu. To był, jest, cały mój świat.
    W przytułku mam duży pokój, w którym jest jeszcze jedno wolne łóżko. Przez parę nocy moja mama zostawała tu ze mną. Bałam się tego miejsca. Może dlatego, że kiedy przyszłam tu po raz pierwszy, od razu zetknęłam się ze śmiercią. Usłyszałam ten krzyk bólu, przeraźliwy jęk rodziców. Pomyślałam sobie wtedy, czy po mnie też będą tak płakać. Niewiele myśląc, zadałam takie pytanie mamie. Wtedy ona spojrzała na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami i powiedziała:
    – Nic nie ma silniejszego od miłości, nawet śmierć nie może rozdzielić połączonych serc. Dla nas zawsze będziesz żyć, bo jesteś miłością naszego życia.
    Nie wiem, kiedy obydwie zaczęłyśmy płakać, ale to były łzy ulgi dające nadzieję, że śmierć to tylko pewne drzwi, przez które każdy musi przejść. Niektórzy tylko trochę wcześniej... Słowa, które powiedziała mi mama, utkwiły mi głęboko w pamięci. Nie chcę umierać! Oni są mi potrzebni! Jeszcze nie teraz! Nie teraz...
    Minęło parę dni odkąd na dobre zaaklimatyzowałam się w przytułku. Przemyślałam pewne rzeczy i powiedziałam mamie, żeby jechała do domu porządnie się wyspać. Nie chciała się na to zgodzić, ale przekonałam ją, że potrzebuję silnego wsparcia, więc musi odpocząć.
    Chciałam, żeby jechała, bo czułam, że muszę pobyć chwilę sama. Cały czas mnie ktoś odwiedzał. Cieszyłam się, że tak wielu ludziom zależy na mnie, lecz jeszcze bardziej było mi ciężko, kiedy widziałam, jak najważniejsze osoby w moim życiu cierpią z mojego powodu.
    Często chodziłam do lekarza, lecz z czasem zauważyłam, że nawet on staje się bezsilny.
    Powiedział mi, że zostało mi pół roku życia. Pamiętam, jak ciężko przechodziły mu te słowa przez gardło. Nie zaproponował mi chemii. Dał w zamian reklamówkę leków, w której zabrakło tego jednego... z gwarancją. Wiedział, że nie dałabym rady znieść po raz kolejny naświetleń. Pan Krzysztof, tak miał na imię, zupełnie tak samo jak ten zabawny prezenter w telewizji... Szkoda tylko, że nie powiedział mi jakiejś dobrej nowiny – na przykład, że wygrałam 10 000 zł. To już by było coś, ale po co mi teraz pieniądze? Na leczenie? Przecież i tak ono nic już mi nie da. Lekarz powiedział, żebym była silna i nie przestawała ufać Bogu. To prawda, to właśnie teraz jestem najbliżej Chrystusa. Może dzięki temu rozumieliśmy się tak świetnie, bo On też cierpiał i wiedział, że umrze. Nie ogarniam tego. Bożego świata... Przepraszam.
    Często stoję przy oknie. Mam tutaj bardzo dobry widok. Widzę młodych ludzi, którzy rozbawieni nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że śmierć nie dotyczy tylko starszych ludzi, siwiutkich babć i niedołężnych dziadków. Ona krąży wśród nas.
    Codzienne mijało przytułek kilka par zakochanych ludzi. Lubiłam na nich patrzeć. Oni mają coś specyficznego w sobie. Tę radość życia, której mi brakuje. W duchu zazdrościłam im. Tak jakoś wyszło, że nie miałam czasu na miłość. Jak byłam zdrowa, podkochiwałam się w chłopakach ze starszych klas, lecz oni nie za bardzo zwracali uwagę na taką małolatę, jak ja. A teraz jest, jak jest.
    Dokładnie tydzień po moim przyjściu do przytułku pani dyrektor przyprowadziła do mnie dziewczynę. Była mniej więcej w moim wieku. Widać było, że ma ciężkie chwile za sobą. Uśmiechnęła się delikatnie i powiedziała, że ma na imię Sara. Była bardzo małomówna.
    Mijały dni, godziny. Zbliżał się potencjalny termin mojej pewnej śmierci, wyraźnie zaznaczony w kalendarzu. Czasami zastanawiałam się, czy jestem normalna. Jak można zaznaczyć sobie dzień własnej śmierci i czekać na nią? Nie wiem, ta rzecz jest dla mnie też niezrozumiała. Data mojego odejścia zaznaczona w papierowym kalendarzu... Tak na wszelki wypadek, by nie zapomnieć. Więc 20 czerwca umrę. Brrr... jak to strasznie brzmi. Zamknę oczy i już się nie obudzę. Zostało jeszcze trochę czasu... Boże, co ja najlepszego wyprawiam?!
    Nie miałam ochoty na nową znajomość. Po co szukać koleżanek, jak i tak się je zostawi? Pewnej nocy zbudził mnie cichutki płacz Sary. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Różne myśli kręciły mi się po głowie. Może powinnam jej pozwolić samej pocierpieć? Jednak tego nie zrobiłam. Wstałam z łóżka, podeszłam do niej. Znów ten dziwny ból przeszywał moje ciało. Czegóż tu się spodziewać, przecież teraz to już może być tylko gorzej. Jestem zgorzkniała, wiem. Zapytałam ją, czy mogę usnąć przy niej. Nic nie odpowiedziała, więc zrozumiałam, że tak. Mrok ogarniał cały pokój, tylko księżyc jasnymi strugami światła rozświetlał nasze twarze. Długo jeszcze milczałyśmy, cisza i obojętność towarzyszyły nam od początku naszej znajomości. Nic nie mówiłam, czekałam na jej reakcję.
    – Jeśli jest Bóg, dlaczego każe nam umierać, zanim jeszcze nie zaczęłyśmy prawdziwie żyć? – szepnęła z lekką złością. Całkowicie zaskoczyła mnie tymi słowami. Byłam bezradna tak samo, jak wobec białaczki. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, a przecież dobrze znałam to pytanie. Milczałam.
    – Jak może Allah pozwalać na to, przecież On może wszystko, a jednak nie chce mi pomóc – kontynuowała. Nie wiedziałam, że Sara jest muzułmanką. Wprawdzie miała śniadą cerę, ale nigdy bym nie przypuszczała, że wierzy w Allaha. Ciągle gdzieś się słyszało o muzułmanach, niekoniecznie dobre rzeczy, ale jeszcze nigdy nie spotkałam się z kimś takim.
    – I co, dlaczego się nie śmiejesz? Nie wytykasz palcami, dlaczego? – zaczęła z furią mówić coraz głośniej. I właśnie te słowa wzbudziły we mnie złość.
    – Jak możesz myśleć, że wszyscy są takimi rasistami! Sorry, ale dla mnie nie ma znaczenia, czy jesteś czarna, biała, łaciata. Cholera, i tak umrzemy na to samo. Każda wiara jest dobra, najważniejsze, że wszyscy szukamy Boga.
    Kiedy to powiedziałam, Sara popatrzyła na mnie swoimi błyszczącymi, czarnymi oczami. Miała w nich coś niezwykłego. Długo jeszcze rozmawiałyśmy. Nareszcie czułam, że ktoś mnie rozumie, a nie tylko próbuje.
    Pogodziłam się z myślą o śmierci, ale ona jeszcze nie. Może stało się tak dlatego, że już miałam dwa lata temu okazję na głębszą refleksję. Może jeszcze nie w pełni zdawałam sobie sprawę ze wszystkiego ani też z wagi tego słowa. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, do śmierci też. Może jeszcze moje ciało jest dziecięce, wzrost zahamowany garściami różnokształtnych tabletek, ale w środku bardzo szybko musiałam dorosnąć, zbyt szybko. Poszłyśmy spać długo po północy, czułam, że ta rozmowa zbliżyła nas do siebie. Każdego wieczoru przed snem modliłyśmy się, ale żadna z nas o tym nie mówiła. Nieposłuszne ciało leżące na łóżku i oczy zwrócone w górę. Prośby, dziękczynienia i mnóstwo pytań bez natychmiastowej odpowiedzi zanoszone przez dwa ciała do dwóch różnych Bogów.
    Codziennie rano jedna porcja tabletek dla mnie, druga dla Sary. Pewnego dnia zapytałam ją, dlaczego nie odwiedza jej żadna koleżanka czy przyjaciółka. Powiedziała, że nigdy nie miała koleżanek, tym bardziej przyjaciółek. Bardzo zdziwiła mnie jej odpowiedź.
    – Zawsze trzymałam się z boku – dziwnie brzmiały w jej ustach te słowa – jestem muzułmanką, a takich ludzi się nie lubi. Może kiedy jeszcze mieszkałam na wsi niedaleko Radomia, miałam parę koleżanek, lecz nigdy nie byłam przy nich sobą. Może to wszystko przez opowieści ojca, jak to zniszczono jego sklepy, pisano na murach plugawe słowa. Nie wiem, ale w moim domu nie znano słowa „przyjaźń” w rozumieniu muzułmanina i na przykład chrześcijanina. Z czasem coraz bardziej rozumiałam, o co chodzi. W tym świecie ufa się tylko sobie, rodzinie i Allahowi. A ty, czemu nie masz przyjaciół? Nie zauważyłam, żeby ktoś cię odwiedzał poza rodzicami – spytała z ciekawością.
    – Pomimo iż wokół mnie ciągle było tyle ludzi, czułam się zawsze samotna. Nie miałam takiej przyjaciółki od serca. Owszem, miałam dużo koleżanek, ale żadna z nich nie spełniała wymagań na prawdziwą przyjaciółkę. Zawsze rywalizowałam z nimi w czymś, przynajmniej ja tak się czułam, przyjaźnie zawierane w podstawówce były kiepskie. Za każdym razem dowiadywałam się, jak to jakaś moja „najlepsza” przyjaciółka obgaduje mnie za plecami. Wtedy robiło mi się naprawdę smutno. Nauczyłam się, że życie nie jest wcale takie kolorowe, a przyjaźń to tylko słowa, którymi ludzie obrzucają się nawzajem, aby było im raźniej! Może źle mówię, ale zawsze tak było. W gimnazjum nie szukałam przyjaciółek, byłam po prostu zbyt ostrożna, by zawrzeć nową znajomość. Sama siedziałam w ławce, sama pracowałam i przede wszystkim sama cierpiałam. Może dzięki temu ciągle żyję w przekonaniu, że liczy się tylko na samego siebie, bo innych twoje problemy nie obchodzą. Każdy ma jakieś tam swoje życie i kiedy jest mu źle, zawsze jest sam.
    – Wyczerpująca odpowiedź. A rodzina? – zapytała Sara.
    – Tak, rodzice zawsze są ze mą, zawsze mnie wspierają i pomagają, ale to nie jest taka przyjaźń, no wiesz, spontaniczna. Z rodzicami to raczej porozumienie i zaufanie przechodzące w miłość, w pewnym sensie naznaczoną koniecznością. Nie taką z wyboru. Tak trudno czasami powiedzieć o tym, co się czuje.
    – Czasami tak świetnie cię rozumiem – powiedziała Sara. – Nie wiedziałam, że obca osoba może tak szybko stać się najlepszym wsparciem.
    Coraz cieplej robiło się na dworze. Pozwolono nam wyjść chwilę na świeże powietrze. Niewiele myśląc, pełne entuzjazmu wpatrywałyśmy się w błękitne niebo. Różne owieczki, baranki i inne cudeńka tworzone przez naszą wyobraźnię beztrosko przewijały się przez niebo. Było bardzo przyjemnie. Naprawdę zżyłyśmy się z Sarą. Byłyśmy nierozłączne. Kiedyś Sara nazwała mnie swoją przyjaciółką. Dziwne dreszcze przeszyły moje ciało. Bardzo się ucieszyłam. Sama nie wiem, jak to się stało. Może dlatego, że byłyśmy skazane na siebie, może połączyła nas choroba? A może po prostu tam u góry było tak zapisane? W zamian za cierpienie dostałyśmy prawdziwą przyjaźń? Może...
    Zaraz za rogiem obok przytułku była cukiernia. Pewnego popołudnia wykradłyśmy się z naszego pokoju i poszłyśmy na wielkie ciastka z kremem. Czułyśmy na sobie wścibskie spojrzenia klientów, lecz nam to nie przeszkadzało. Co w tym dziwnego, że jesteśmy w piżamach? Miałyśmy przecież jeszcze na sobie swetry, chociaż było ciepło. To była chyba ostatnia rzecz, która teraz by nam przeszkadzała. Kolejny dzień spędzony razem przywracał prawdziwy sens słowu „radość”. Mała rzecz, a cieszyła.
    Ktoś kiedyś powiedział, że przyjaciele to anioły, które pomagają nam latać. Teraz rozumiem, co te słowa znaczą. Kiedy bałam się spać, wpychałam się pod kołdrę do Sary. Obecność drugiego człowieka dawała poczucie bezpieczeństwa. To nic, że rano pielęgniarki krzyczały – z pewnością zbyt mało rozumiały. Nigdy bym nie pomyślała, że będę mieć przyjaciółkę muzułmankę. To zbyt nierealne. Czasami dzieje się tak, że w żaden sposób nie umiemy wytłumaczyć pewnych sytuacji i z nami też tak było. Dwie obce dusze, które stawały się nierozdzielne. Nie było podziałów, żadnej innej kategorii, po prostu obie byłyśmy wyjątkowe. W cierpieniu znalazłyśmy piękną przyjaźń, a to prawdziwa rzadkość. Bez barier, granic, podziałów, bo prawdziwy przyjaciel umie zaakceptować nas takimi, jakimi jesteśmy. Sara nie liczyła na nic, otwierając się przede mną. Obie byłyśmy bezinteresowne, wykluczone ze świata, ale być może dzięki temu szczęśliwe. Znalazłyśmy siebie pośród tłumu ludzi i to jest cudowne.
    Kiedy człowiek ma przy sobie taką osobę i wie, że musi korzystać z każdej chwili, wtedy dopiero zdaje sobie sprawę, że życie to cudowny dar. Taki wyjątkowy, bo zawiera wszystkie skarby, a właśnie przyjaźń to największy z nich. Bóg dał nam wspaniałych ludzi, którzy noszą w sobie wielkie, niepojęte bogactwa, których zwykły papier i czarny druk nigdy nie odzwierciedli. Ciało, w którym zostało zamknięte szczęście... Sara i ja wiemy, co to znaczy, bo doświadczyłyśmy, że dając siebie drugiemu człowiekowi, stajemy się prawdziwymi ludźmi. Mamy osobę, za którą jesteśmy odpowiedzialni, a to zobowiązuje. Nie jesteśmy tylko lalkami z plastiku w tym szarym świecie. Stajemy się znów dziećmi. Tak, bo to właśnie dzięki przyjaźni odkrywamy na nowo utraconą niewinność, którą brutalne życie w nas zaciera. Nawet na pustkowiu nie jesteśmy samotne, bo mamy siebie. Jeszcze wiele pięknych chwil przed nami, które Bóg daje nam z umiarem, byśmy cały czas doceniały, jak wielką siłę ma słowo „przyjaźń”.
    Stan Sary z dnia na dzień gwałtownie się pogorszył. Już wcześniej miała duszności lub nagłe ataki kaszlu, lecz nigdy nie wyglądało to tak groźnie. Boże, jak wtedy się bałam. Po prostu stała i osunęła się po ścianie. Byłam przerażona. Nagle zrobiło się takie zamieszanie. Pielęgniarki biegały wokół niej. Lekarz ją badał, a ja stałam bezradnie i patrzyłam na nich. Kiedy Sara doszła do siebie, kazano jej odpocząć. Siedziałam przy jej łóżku i wpatrywałam się w jej bladą twarz. Wystraszyłam się, że to właśnie ten czas na odejście...
    A przecież nawet się nie pożegnałyśmy. To by było zbyt niesprawiedliwe, gdyby odeszła bez żadnego słowa!
    Wieczorem przejechali do niej rodzice. Zostawiłam ich samych. Nie chciałam im przeszkadzać w tej trudnej rozmowie. Kiedy już wróciłam, nie było nikogo. Sara leżała z na wpół zamkniętymi oczami i cichutkim głosem zawołała mnie do siebie. Powiedziała tylko tyle:
    – Allah zesłał mi ciebie, żeby łatwiej było mi do niego trafić. Dziękuję ci za twoją przyjaźń, bo to, co wydawałoby się nierealne, spełniło się. Będę czekać tam u góry na ciebie, może jeszcze się zobaczymy.
    I wtedy uśmiechnęła się. Cały czas trzymałam ją za rękę. W pewnej chwili zobaczyłam, że zasnęła. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Łzy, jedna za drugą, spływały mi po policzku. Milczałam. Kiedy lekarz powiedział, że ona umarła, nie mogłam w to uwierzyć.
    Ciemne niebo z rozsypanymi gwiazdami zakrywa świat. To właśnie w tym niebie szukam wsparcia. Obecności Boga. Nie wiem, co Mu powiedzieć, jak wytłumaczyć, przecież On rozumie mnie lepiej niż ja samą siebie. Boję się. To niewiarygodne, że tak szybko się umiera. Przychodzisz na świat z krzykiem, a odchodzisz z milczeniem na ustach. Jak to jest? Cały czas jej śmiech, jej słowa odbijają się echem. Czekam, aż po ciężkiej nocy nadejdzie ciężki dzień. Mam nadzieję, że zobaczę ją jeszcze kiedyś...